akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Jerzy Suchanek - ZA CO KOCHAM PISARZA PASTUSZEWSKIEGO

Od początku - czyli od swego prozatorskiego debiutu zbiorem opowiadań "Dziwne sprawy" w 1980 roku - Stefan Pastuszewski z zacięciem iście reporterskim opisuje naszą teraźniejszość. Bliższa lub dalsza przeszłość interesuje go o tyle, o ile potrzebna jest do uwiarygodnienia tego, co dzisiaj, teraz. Jest pisarzem reagującym natychmiast, a szczególnie na dewiacje życia politycznego, społecznego, religijnego i rodzinnego. Czytelnika, który zna również poezje autora "Proboszcza", zapewne zaskakują niemal wrogie sobie dwa jego wcielenia. Podmiot liryczny wierszy Pastuszewskiego to apologeta raczej duchowego erotyzmu, wielbiciel kobiecego piękna, wrażliwy kochanek. Narrator prozy nie waha się szczotką i raszplą zdzierać z postaci kobiecych makijażu i bielizny, aby tylko wykazać, że - wykraczając poza role posłusznych żon, cierpliwych matek i przykładnych parafianek - dokonują samogwałtu na swej biologicznej konstrukcji. Przyznam, że w tej swoistej mizoginii chętnie się z Pastuszewskim-narratorem łączę, choć sam nie odnoszę się krytycznie do kobiet obyczajowo nieskrępowanych. Oczywiście z wyjątkiem sytuacji, kiedy swoją swobodę poddają dyktatowi ideologii feminizmu i namolnie manifestują upodobanie do dewiacji (politycznych i seksualnych). Jako że równouprawnienie kobiet i mężczyzn według ich przekonania i praktyki jest dopiero wtedy, kiedy kobiety rządzą mężczyznami. No tak... Gdyby pani polonistka zapytała mnie w szkole, za co kocham pisarza Pastuszewskiego, nie mógłbym odpowiedzieć pani polonistce, że za mizoginię, antyfeminizm, czy coś takiego...

    Ryzykowałbym jedynkę, bo przecież za to powinienem "nie kochać"... Jak również za polityczną niepoprawność, czyli de facto posiadanie i artykułowanie własnego zdania, zdania odmiennego od narzucanego nam wszystkim siłą mediów (elektronicznych i papierowych), które dzisiaj są równie pluralistyczne, jak media przed 1989 r, w peerelu.

    Stefan Pastuszewski w swoim najnowszym zbiorze opowiadań "Coś się kończy, coś się zaczyna...", opisując fatalny stan naszej rzeczywistości społecznej i moralnej, antycypację przyszłości ogranicza do uzasadnionego przeczucia, że Polska zostanie w objęciach Unii Europejskiej zmarginalizowana do kraju tranzytowego i zwasalizowana przez Niemcy (przy pomocy Rosji), co jest poglądem nie tylko niepoprawnym politycznie, ale tępionym przez samozwańczych (czyli wytypowanych przez wpływowych postkomunistów i socjalistów) sędziów politycznej poprawności.

    I tak w opowiadaniu "Kobiety piszą..." Pastuszewski rozprawia się z mitem demokracji, która nim się u nas zaczęła, już stała się plutokracją. Pokazani w opowiadaniu kandydaci do parlamentu europejskiego na pewno nie będą realizować interesów swoich wyborców, tylko interesy kapitałów, jeden obcego, drugi miejscowego. Karykaturuje polityków autor "Dwunastu pań i panów w lusterkach" w sposób bezlitosny, a tym bardziej bezlitosny, że nie tylko poprzez wszystkowidzący obiektyw narratora, ale także oczami ich partnerek - luksusowej kurwy i tzw. kury domowej. Obie bohaterki są równie groteskowe, jak "obsługiwani" przez nie politycy. Pierwsza układa (raczej w myślach niż na papierze) wiersze, druga prowadzi pamiętnik. Wiersze, których fragmenty pojawiają się w opowiadaniu, posługują się wyszukanym, rozestetyzowanym językiem (np. "jęki są rytmem wspólnej sonaty (...)"), natomiast pamiętnik pisany jest mięsistą, naturalistyczną prozą: "(...) Nie chodzi wtedy wcale o orgazm, tylko o rozgrzanie podbrzusza, co działa wówczas jak najlepszy kataplast". Czyżby bohaterki były alter ego Pastuszewskiego  - odpowiednio poety i prozaika? Tak to zadziwiające, że nie będę tego rozstrzygać... Skoro narrator tak oto puentuje "literackie" upodobania Teresy i Hanki: "Kobiety piszą. Piszą całą prawdę o sobie. Tylko o sobie."

    Kolejne opowiadanie, "W ogrodzie mądrości", jest przypowieścią w stylu Hermanna Hesse, który nawet jako autor "Wilka stepowego" i "Gry szklanych paciorków" nie dość jest znany i popularny. A szkoda, bo w "Grze szklanych paciorków" kreuje obraz cywilizacji alternatywnej do paneuropejskiego konsumpcjonizmu.

    Tytułowy "ogród mądrości", ani przyrodniczo, ani geograficznie nie jest określony. Jak raj - miejsce eksterytorialne, niejako neutralne, uprawdopodobniające możliwość swobodnego dyskursu. Ogrodnik, czyli po prostu Bóg, rozmawia z Ktosiem - czołowym, choć poślednim, politykiem, wywyższonym przez właścicieli europejskiej demokracji. Do tej rozmowy co rusz wtrąca swoje trzy grosze narrator, a to precyzując i konkretyzując racje Boga, a to dyskredytując mniemania Ktosia. Pastuszewski nie zostawia wyboru czytelnikowi. Narrator wie lepiej - dlatego jest narratorem. Ta zarzucona przez większość - jeśli nie wszystkich - pisarzy figura wszystkowiedzącego narratora niespodziewanie okazuje się dzisiaj równie nośna literacko, jak w XIX wieku. Zgodna jest też zresztą z całą filozofią pisarską Pastuszewskiego. Cóż bowiem mogłoby uprawniać pisarza do narzucania się czytelnikowi(kom), jak nie to, że posiada własne zdanie w sprawach, o których mówi? Pisarz nie może być nieodróżnialny od "miernych, ale wiernych" (swym mocodawcom) dziennikarzy. Upominając się o chrześcijańskie, Testamentowe wartości i upominając możnych i maluczkich tego świata, by nie uzurpowali sobie kwalifikacji boskich, Pastuszewski przywraca literaturze utraconą przez nią w komercyjnym wyścigu godność.

    Ogrodnik, w czym interpretacyjnie wspiera go narrator, strofuje też hierarchów kościoła katolickiego - między innymi za rozcieńczanie wiary w obojętnym płynie poprawności politycznej właśnie. Cóż, jeśli już przecierpiano "Proboszcza", kontrowersyjną powieść o księdzu, to znowu Pastuszewski się uchroni przed zaetykietowaniem go, jako pisarza katolickiego...

    Opowiadania "Szaleństwo Koszyka" i "Jewrołagier" poświęca Pastuszewski rozwianiu złudzeń, że to tylko elity polityczne są skorumpowane, rządzą się wilczymi prawami, ich członkowie działają motywowani wzajemną zawiścią i wyłącznie dla własnych, prywatnych korzyści oraz bez skrupułów niszczą od wewnątrz polską państwowość za obce pieniądze. Tak dobrze to nie jest. Demoralizacja elit odzwierciedla demoralizację plebsu. Jak na górze, tak na dole. Czy raczej, skoro system jakoby demokratyczny - jak na dole, tak na górze? Jasne, że najwięcej śmiecia wypchnął do góry peerel - niestety w III Rzeczpospolitej wiele się pod tym względem nie zmieniło. Przyzwolenie dla robienia rzeczy złych, paskudnych płynie z góry na dół i z dołu do góry. Do przekształcenia Polski w państewko, czy raczej teren tranzytowy, świadomie i nieświadomie bez żenady przykładają rękę i kandydaci do europarlamentu (jak w opowiadaniu "Kobiety piszą...") i kelnerki. Prezesi i bandyci. Demokracja okazuje się dyktaturą pieniądza, nie tylko dlatego, że została zawłaszczona przez plutokrację. Pod przykrywką politycznej poprawności, nieograniczonych praw człowieka eliminowane są wartości podstawowe, wypracowane przez chrześcijaństwo. Trzeba się przenieść do mniejszego mieszkania - jak w opowiadaniu "Do życia"? To trzeba dokonać eutanazji dziadka, postarawszy się wcześniej o pseudoreligijne uzasadnienie dla tego morderstwa. Koszty utrzymania muszą być zminimalizowane, zyski zmaksymalizowane: w skali rodziny, w skali przedsiębiorstwa, w skali "terenu tranzytowego". Cynizm i obłuda, pazerność i brak skrupułów przeniknęły także i bez problemów do korporacji zawodowych, do stowarzyszeń, które statutowo miały chronić godności poszczególnych profesji, a faktycznie przekształciły się w sitwy, mające na celu ukrywanie błędów zawodowych, popełnianych przez ich członków. W inspirowanym przez zawalenie się hali targowej w Katowicach w 2006 r. (i spowodowaną tym śmierć kilkudziesięciu ludzi, a tragedię setek) opowiadaniu "Stowarzyszenie" Pastuszewski obnaża mechanizmy wymigiwania się od odpowiedzialności za katastrofę budowlaną projektantów oraz wykonawców budowli i mechanizmy powstawania takiego bubla budowlanego. Od siebie dodam w tym miejscu, że z podobnym "wymigiwaniem się" mieliśmy do czynienia również po katastrofie w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej (także w 2006 r.). I zapytam o wzory moralne, a raczej o to, czy jakiekolwiek są przekazywane młodzieży studiującej w politechnikach i akademiach? Czy też jedynymi są te, których uczy się ona z mediów, np. z filmów sensacyjnych i kryminalnych, propagujących zasadę, że nie chodzi o to, żeby nie popełniać przestępstwa, ale żeby nie dać się złapać? W trakcie ubiegłorocznych juwenaliów w Krakowie studenci-chuligani podpalili samochód, a około 1000 studentów Akademii Górniczo-Hutniczej, którzy byli tego świadkami, zgodnie i fałszywie zeznało policji, że samochód zapalił się i przewrócił na dach sam. Czy ktokolwiek został pociągnięty do odpowiedzialności za fałszywe zeznania? Czy absolwenci tej i innych uczelni nie będą posyłać ludzi na śmierć w kopalniach i w źle zbudowanych budynkach?

    Kreśli Pastuszewski w zbiorze opowiadań "Coś się kończy, coś się zaczyna..." obraz III Rzeczypospolitej przerysowany, karykaturalny, to pewne, ale przez to prawdziwy. Wykorzystuje do tego język gazetowego reportażu: prosty, niekiedy wręcz prymitywny, ale przez to żywy i wiarygodny. Gdy jego bohaterowie i narrator zanurzają się w dyskurs o filozoficznym wymiarze, pisarz sięga po środki publicystyki politycznej, które - w razie potrzeby - wzbogaca o stylistykę filozoficzno-biblijną. Jak w opowiadaniu "W ogrodzie mądrości" i w niesamowitym "Bóg tak musiał", w którym narrator wciela się w samego Pana Boga, wyjaśniającego i usprawiedliwiającego śmierć jedynaka nazbyt ambitnemu ojcu między innymi tym, że nie tyle - jako Bóg - "chciał", lecz po prostu "musiał", bo aspiracje tegoż ojca względem kariery syna rujnowały boski porządek.

    Czy bohater opowiadania "Pierwszy dzień urlopu" jest porte parole Pastuszewskiego, jeśli chodzi o to, czym tak naprawdę jest w jego oczach III Rzeczpospolita? I tak, i nie. Tak, bo pisarz daje czytelnikowi pewność, że - właśnie jako pisarz - pracuje w "Biurze Niedokończonej Rewolucji", ergo w zlepku peerelu z parodią demokracji, który to zlepek rozpoczęto lepić w okolicach 1989 roku. Nie, bo pisarz, to taki osobnik, który urlopu nie bierze nigdy, a nawet jak go bierze, to przychodzi do tego swojego "biura" zaraz pierwszego "wolnego" dnia. Ależ są pisarze, którzy urlopują, ktoś się obruszy. Tak, wielu pisarzy urlopuje, a innymi słowy: wzięło urlop z pisania o naszej współczesności, o naszym dniu dzisiejszym. Ale nie Pastuszewski (za co - i na nic mam drwiny i uśmieszki za moimi plecami - również Go kocham!).

    Niekiedy - jak w opowiadaniach "Czarna Manuczyna" i "Chirurg realny" - przez Pastuszewskiego prozaika próbuje się przedrzeć - z poezji do prozy - Pastuszewski poeta. Jeśli Pastuszewski-prozaik bez pardonu rozprawia się z wyemancypowanymi kobietami, porzucającymi swe naturalne role, zgrabnie ujęte przez cesarza Wilhelma II Hohenzollerna w sentencji Die drei K, czyli Kinder, Küche, Kirche, to Pastuszewski-poeta cierpi wraz ze swymi bohaterami, których te kobiety zostawiły, porzuciły, zdradziły, dla których kobiety, jakich chcieliby pragnąć, lub pragną, zawsze będą niedostępne. Ile w tym winy uniwersalnie źle pojmowanego i źle praktykowanego równouprawnienia kobiet i mężczyzn,  a ile winy degrengolady społecznej, którą spowodował ów zlepek, ulepiony pod słynnym "okrągłym stołem", to już polecam czytelnikom samodzielnie sprawdzić w tej i innych książkach Stefana Pastuszewskiego.

    Jerzy Suchanek

    Stefan Pastuszewski, Coś się kończy, coś się zaczyna..., Instytut Wydawniczy "Świadectwo", Bydgoszcz 2006, ss. 148.

Z archiwum

Dariusz Tomasz Lebioda - JESIEŃ W BROMBERGU

Była połowa września 1939 roku. W mieście Bromberg, na północy Polski, Józia Rosa szła na Mszę św. do kościoła parafialnego na Szwederowie. Żółte, czerwone i brązowe  liście spadały na ziemię i okrywały grubym dywanem ulice, parki i skwery. Wiatr przenosił je z miejsca na miejsce, podrywał ku górze, ciskał to w tę, to w inną stronę, szeleścił, jakby przerzucał kolejne karty niewidzialnej księgi. Czasem silniejszy powiew wzbijał tumany, albo kręcił liśćmi na koślawych chodnikach i chłostał nimi twarze przechodniów. Ludzie podnosili do góry kołnierze, zsuwali kapelusze albo daszki czapek i pochyleni podążali przed siebie. Józia lubiła szurać nogami w miękkich kopcach, więc z uciechą je deptała. Przeskakiwała z kopca na kopiec, łapała w locie wirujące płatki. Co chwilę też spoglądała na daleką wieżę świątyni, która wyglądała majestatycznie w tle rozmazanych szaro-granatowych chmur i dalekiego chłodnego błękitu nieba. Dziewczę miało zaledwie piętnaście lat, ale natura rozbuchała jej kształty do tego stopnia, że ktoś, kto jej nie znał, mógłby powiedzieć, że osiągnęła już pełnoletniość. Miała długie szatynowe włosy, które najczęściej nosiła rozpuszczone, a tylko gdy szła do kościoła upinała je w rozległy kok. Była wysoka i spod długiego płaszcza, raz po raz, wysuwały się zgrabne nogi. Pierś rytmicznie falowała i zdradzała pod paltem biust sporych - jak na tak młodą dziewczynę - rozmiarów. Jej twarz natrętnie przypominała fizjonomię madonny z obrazu Rafaela, choć była też w niej jakaś drapieżność, coś co nieznajomi brali za lubieżne wyzwanie. Jej zielone oczy miały smutny melancholijny wyraz, a okrągły, mały nos i wydęte usta uwydatniały zmysłowość. Słowem, była delikatnym stworzeniem, jakby z innego świata i innej rzeczywistości. Pod tanim, połatanym płaszczem ukrywała przepiękne ciało, oszałamiający zapach świeżości i delikatności dziecka. Szła szybkim krokiem i już niebawem znalazła się w alei wysokich topól, prowadzącej ku świątyni. Wychudzone gawrony przysiadały na strzelistych drzewach i bujały się na nich bezwładnie, w prawo i w lewo, wydając raz po raz metaliczne krakanie.

Więcej …

Z archiwum

Jerzy Suchanek - Ja to nie ja

Wiersze MICHAŁA KOBYLIŃSKIEGO mają orzeźwiające działanie. Szczególnie po lekturze książek debiutujących w ostatnich paru latach autorów, bez pokory narzucających się ze swymi wymęczonymi i przekoncypowanymi wierszami, w których poezji jest tyle, co w przekłutym baloniku. Pretensjonalnym płodom bezczelnej młodości Michał Kobyliński przeciwstawia świeżość i lekkość, radość i młodzieńczy zgoła wigor... Zgoła, bowiem Kobyliński, urodzony w 1957 roku, debiutuje z fasonem, śmiało wkraczając na „tereny”, które opanowali prawem kaduka autorzy o ćwierć wieku mniej więcej i plus minus młodsi. Autorzy, którzy zresztą twórczość rówieśników Kobylińskiego albo dezawuują, albo przemilczają, co nie przeszkadza im wcale podrabiać poetyki wypracowane przez dzisiejszych pięćdziesięciolatków. Co ciekawe, towarzysko przez młodzież literacką jest Kobyliński akceptowany, aczkolwiek do jego twórczości odnosi się ona z nieco wzgardliwym dystansem i z dość zazdrosną nieufnością. Tym bardziej, że do swego debiutu książkowego Kobyliński przygotowywał się w sposób, którego wielu - mających się za rewelatorów – młodych poetów nawet nie próbowało wykorzystać. Mianowicie nie wahał się brać udziału w slamach i aż cztery co ważniejsze wygrał... Występował w nich pod internetowym pseudonimem „Gil Gilling” i takiż tytuł nadał swojej – wydanej akurat w dwudziestą rocznicę pierwszego slamu, który odbył się w Chicago w 1986 roku – debiutanckiej książce poetyckiej.

Jest więc Gil Gilling podmiotem lirycznym tej książki, niewątpliwie o prowieniencji osoby z pogranicza bezmyślnego clubbingu, światka tych spełnionych chwilowo oraz tych zawsze niespełnionych artystów, młodych i podstarzałych inteligentów, których typowe inteligenckie aspiracje okazały się groteskowe, szczególnie dla nich samych, we współczesnym wielkim mieście. Gil Gilling opowiada o swoich przypadkach i doświadczeniach, ale gdy wreszcie mówi bezpośrednio o sobie samym, oświadcza tytułem wiersza, że „To nie ja”:

Więcej …

Z archiwum

Peter Haertling - "Wołanie na śniegu"

Na tym śniegu

utknąłem żałośnie

Stopnieje

i zapomni

twoje kroki.

Stąd

odeszłaś.

Wróć.

Wołam

wraz z przebudzonym

strumieniem,

na nowo odkrytą

ziemią.

Teraz,

gdy odszedł mróz,

topnieją słowa

w moich listach,

niepamiętliwe

wołają

wróć.

Wróć,

jaka byłaś,

gdy spadł śnieg. 

z niemieckiego przełożył

Antoni Skibiński

akant.org: