akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Stefan Pastuszewski - Impresjonizm literacki

Czyta się te wspomnienia jakby „czytało się” obraz w różnych oświetleniach, z różnych miejsc, w różnym stanie psychicznym. Obraz mniej figuratywny, choć ta opowieść memuarystyczna dotyczy konkretnego człowieka, a bardziej kolorystyczny, w tym bogatej palety barw emocjonalnych. Ja tu dostrzegam przede wszystkim zieleń jak Żmudź i Kujawy, ową żółć jak słoneczna radość dzieciństwa. No i oczywiście, też typowe dla dzieciństwa, szatańskie cienie pierwszych lęków...

Więcej …

Z archiwum

Joanna Ziembińska-Kurek - Moja Bydgoszcz

Bydgoszcz  jest mitycznym miejscem,  w którym wszystko się zaczęło. Niestety, z oczywistych powodów nie mogę tego pamiętać, ale funkcjonuje  w moich myślach dokładnie jak to przedstawia fotografia:  szarym bydgoskim chodnikiem podążają:  uśmiechnięty  od ucha do ucha Tata w jasnym prochowcu ściśniętym  paskiem, w berecie z antenką na głowie  i wypchaną skórzaną teczką w ręku, 
w której chował dla swojej ukochanej -  zresztą do dziś -  Zosieńki kwiaty (bo wstydził się nieść  je w ręku), a obok młodziusieńka i krucha Krysieńka - śliczna siostra Zosieńki -   w fikuśnym kapelusiku, na szpileczkach,  z torbą, która dzisiaj zrobiłaby furorę wśród modniś.  Krysieńka  będzie moją matką chrzestną.  A Tolek - wówczas student Akademii Medycznej w Gdańsku  -  zostanie wkrótce lekarzem.  Po latach okaże się, że takim prawdziwym, z powołania. Gdzieś poza kadrem, w szpitalu nr 1  
przy ul. Curie-Skłodowskiej  jestem ja - pewnie drę  się wniebogłosy, a obok drży z wrażenia  szczęśliwa mama.  

Więcej …

Z archiwum

Janusz Marian Paluch - Kaja od Oleńki

Kaja od Radosława… Znacie ją? Nie? To macie Państwo doskonałą okazję poznać tę wspaniałą kobietę. Wystarczy sięgnąć po nową książkę ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM „Kaja od Radosława czyli historia hubalowego krzyża”. Naprawdę warto!
Gdyby jej życiorys miał posłużyć filmowcom, musieliby nakręcić kilka filmów lub stworzyć serial, tak typowy dla dzisiejszych czasów. Życie Kai było i jest piękne oraz fascynujące; przepełnione dramatami, ale spełnione w każdym calu.
A wszystko zaczęło się 2 kwietnia 1916 roku w Białymstoku, kiedy urodziła się Cezaria Iljin. Był to czas I wojny światowej. Nie przeszkodziło to matce Cezarii - pani Bronisławie, w wyjeździe z niemowlęciem na Syberię, do męża Modesta, który (w 1905 r. jako student uniwersytetu w Petersburgu zesłany został na Sybir) pracował przy budowie transsyberyjskiej linii kolejowej. Pani Bronisława – wówczas jeszcze Szemiot – poznała go podczas odwiedzin, jakie złożyła swemu bratu Bolesławowi, który na Syberię pojechał dobrowolnie, do swojej pierwszej pracy. W książce jest ukazany interesujący i mało znany wątek tzw. „gorączki syberyjskiej”, kiedy Polacy osiadali na Syberii z własnej woli! W sierpniu tegoż roku odbył się w Barnambulu nad Obem chrzest maleństwa w rzymskokatolickim kościele. Tam nadano jej to piękne, dzisiaj niespotykane raczej, imię Cezaria. Potem bohaterowie wyjechali do polskiej kolonii w syberyjskim Zajsanie, leżącym u podnóża Ałtaju. Mieszkali w „dużym otynkowanym domu z płaskim dachem. Przez ogród przepływał aryk (…), którym płynęła źródlana woda z gór. (…) Obszerne podwórze otaczały zabudowania gospodarcze. W obejściu były trzy wielbłądy baktriany, osobno: dwa konie, krowy, owce z charakterystycznymi dla tych regionów kurdiukami.(…) Były też świnie i wielkie wieprze, indyki i kury, a także mnóstwo drobiu”. Celowo podkreślam zasobność gospodarstwa Iljinów, wszak nie było ono na Syberii jedyne.
Cezaria niewiele zapamiętała z czasów dzieciństwa. Czytelnika, który zetknął się z opisami losów wywiezionych na Syberię Polaków ( opisami pozostawionymi choćby przez Melchiora Wańkowicza w jego znanych „Dziejach rodziny Korzeniewskich” czy przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w biograficznej książce „Inny świat”) albo zapoznał się z wydawnictwami Sybiraków, którym udało się przejść przez piekło wywózek, znaczonych ciężką pracą, chorobami, głodem i śmiercią, zaskoczą sielskie obrazki, jakie z dzieciństwa zapamiętała Cezaria. Opowiada o Syberii jak o bajkowej krainie spokoju, radości, przyjaznego otoczenia i dostatku! Ich piękny dom w Zajsanie położony był u stóp Ałtaju. Za miastem rozciągał się bezkresny i jednostajny step, wybuchający czeremchami i jarzębinami, a także topolami (które służyły jako drzewka bożonarodzeniowe w czasie świąt), pojawiającymi się dopiero w okolicy miasta. Step ów wabił także odurzającymi zapachami lukrecji. Po okresie letnim przychodziła zazwyczaj surowa zima, do której przygotowywano się bardzo starannie. „Biło się świnie i barany. Wielkie wianki suszonej kiełbasy i wędzonych szynek zapełniały spiżarnię. Duże beczki pełne jagód, żurawiny, pastiły, a nawet beczułki z masłem ustawiano rzędem w spiżarni w domu. Na zewnątrz w stodole pełno było zboża i siana, do składzików zwożono zapasy węgla i kiziaku”.

Więcej …

Z archiwum

Susan Barnard - Łatwy Łup

Lud maoryski tradycyjnie zbiera toheraos, duże mięsiste małże, które ukrywają się głęboko w piasku w określonych fazach kalendarza księżyca. 90 milowy odcinek, który prowadzi do przylądka Reinga, gdzie dusze czekają na odejście do Hawaiki, utrzymuje toheroas który jest gatunkiem obecnie chronionym.

Chwyt księżyca na przypływ

ciągnął morze do środka

miejsc gdzie mieszkają ludzie.

Czas szczególny na zdobycie darów

z rozmoczonego piasku dzięki pracy

stóp i rąk przekładających

opór w czasie

wraz z kołysającymi falami.

Więcej …
akant.org: