akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Anita Nowak - "Co powiedziałby Hłasko?"

„Drugie zabicie psa” Marka Hłaski opowiada o aktorze i reżyserze, którzy przyjeżdżają do Izraela, żeby zarabiać na oszukiwaniu starzejących się, spragnionych miłości kobiet. Opowiadanie porusza problem manipulacji ludzkimi uczuciami, emocjami dla osiągnięcia własnych celów. U Hłaski tym celem są pieniądze.

Rzecz trafiła na afisz Teatru Polskiego w Bydgoszczy w ramach projektu SZTUKI POLSKIE W TEATRZE POLSKIM. Nie jest dramatem, a adaptacja utworów prozatorskich bywa ryzykowna ze względu na wielość miejsc akcji. Wiktor Rubin i Jolanta Janiczak jednakże bardzo zgrabnie wykorzystali tekst Hłaski, łącząc lub rozbijając poszczególne jego fragmenty, tak, aby jak najlepiej zabrzmiały ze sceny. Urealnili teatralnie działania niektórych postaci. Np. Johny'ego. Tak, aby nie zmieniając charakteru chłopca, w jak najprostszy sposób unaocznić widzom jego „występki”. Nawiasem mówiąc, świetnie zagrana to przez Michała Czachora rola.

Tytułowy bohater-pies, jest wspaniale wykonaną kukłą wielkiego sznaucera, którą aktorzy to przerzucają sobie przez ramię, to wloką za sobą. Zabieg ten świetnie przystaje do groteskowej konwencji, jaką nadano przedstawieniu. Co więcej, umożliwia „zabicie” psa na oczach widzów.

Przydając mimo wszystko tragizmu tej scenie. Bo tragizm przeplata się tu z komizmem. Co znakomicie wpływa na pulsowanie linii dramatycznej i dzięki czemu adaptacja brzmi nawet ciekawiej od oryginału.

Wielkim wsparciem dla zabiegów adaptacyjnych jest scenografia Mirka Kaczmarka. W dużej części inspirowana obrazami amerykańskiego malarza Edwarda Hoppera: Nighthawks czy Drup Store. Bohaterowie są jakby podglądani przez przechodniów we wnętrzach swych mieszkań, kawiarniach. Spełnia to nie tylko funkcję estetyczną, bo koncentrując uwagę widza na tym, co dzieje się w jednym, jasno oświetlonym prostokącie, za którym toczy się życie, pozwala wyraźniej dostrzec samotność i zagubienie bohaterów. Tym bardziej, że jak się okaże na końcu, zdarzenia przez cały czas, bez ich wiedzy, rejestrowane są na taśmie filmowej. Tu autorzy adaptacji poszli o krok dalej niż Hłasko, rozszerzając problem manipulacji także na sztukę.

Interesująco wykorzystał też reżyser przestrzeń pozasceniczną. W przedostatnim obrazie główny bohater - Jakub, grany przez Krzysztofa Zarzyckiego, siedzi na poręczy balkonu widowni, pod wielkim napisem Hollywood, by skoczyć stamtąd w przepaść.

Adaptacja Wiktora Rubina pogłębia sylwetkę Jakuba, czyniąc go najbardziej żywą, wiarygodną, głęboko ludzką i wrażliwą postacią w tym przedstawieniu. Bohater przeżywa  wiele sprzecznych uczuć. Tłumienie ludzkich odruchów, cynizm, desperacja, zwątpienie pulsują w nim na przemian. Nie potrafiąc odnaleźć się w roli oszusta matrymonialnego, czy naciągacza starzejących się kobiet, pomimo zdobycia upragnionych pieniędzy, popełnia samobójstwo. Aktor wspaniale oddaje wszelkie rozterki bohatera. Pomimo komicznych i groteskowych gagów, wzrusza chwilami do bólu. Najlepsze są jego sceny z Johnym, który mimo woli pod jego wpływem z upiornego smarkacza przeistacza się w mądrego, kochającego chłopca.

Mniej efektownie na tym tle wypada postać reżysera Roberta, głównego manipulatora ludzkimi losami, wykorzystującego cudzą i własną prywatność, gwoli osiągnięcia artystycznego sukcesu, Mateusz Łasowski. Momentami drażni  przesadną, nieuzasadnioną artystycznie wulgarnością.

Najtrudniej ciekawie zaistnieć w tej inscenizacji jest grającej rolę Mary Beacie Bandurskiej. Samotność i ogromne pragnienie uczucia, każą jej bohaterce wierzyć w każde słowo o miłości. Aktorka gra realistycznie. Jest wiarygodna, ale w zderzeniu z świetną, wielowymiarową postacią Jakuba, wypada mniej barwnie. W efekcie to nie jej, ale jemu widz współczuje.

Rewelacyjnie w drugoplanowych rolach prezentują się Marek Tynda jako Portier marzący o karierze Amstronga i Anita Sokołowska jako Lena.

Przedstawienie iskrzy od ciekawych zabiegów formalnych, porywa dobrze przez Piotra Bukowskiego dobrana muzyką. Ciekawe co powiedziałby na to Hłasko?

Anita Nowak

Z archiwum

Jarosław Sułkowski - Bardzo dramatyczne sceny

Według Ferdydurke Witolda Gombrowicza

Osoby:

NARRATOR - komentator rzeczywistości, literat

NAUCZYCIELKA - prawie Bladaczka Gombrowicza

PSUJSKI, PTASZKOWSKA, DĘBIŃSKA, SZALIŃSKI, BELIŃSKA, BRZĘCZKOWSKI, MĘCZYŃSKA, BIELSKA

(Rzecz dzieje się w klasie. Nauczycielka siada na krześle, otwiera dziennik, strząsa pyłek z kamizelki, tłumi coś w sobie i zakłada nogę na nogę. Cierpliwie czeka aż zapanuje zupełna cisza. Wyrzuca na biurko długopisy, marszczy brwi, poprawia okulary, kładzie  zegarek na katedrze, wreszcie uderza  dziennikiem i krzyczy)

NAUCZYCIELKA: Dość tego! Proszę się uspokoić! Zaczynamy lekcję.

PSUJSKI: Pani profesor, ale ja muszę do ubikacji.

WSZYSCY UCZNIOWIE: Ja też, ja też.

NAUCZYCIELKA: Dosyć. Zwolnić was! Chciałaby dusza do raju. A dlaczego to mnie nikt nie zwolni? Dlaczego to ja muszę siedzieć? Siadać, nikogo nie zwalniam.

WSZYSCY UCZNIOWIE:(siadają)

Więcej …

Z archiwum

Stanisław Chyczyński - Nietzsche z Samotraki

Renesansowa osobowość Jolanty BAZIAK jest doskonale znana Czytelnikom "Akantu", dlatego nie będę się nad tym rozwodził. Wiadomo, że filozofia jest kolejną dziedziną, w której autorka "Pasji i niepokojów Simone Weil" również się realizuje. Począwszy od września 2005 roku, właśnie w "Akancie", systematycznie drukowała eseje o personie i dorobku Fryderyka Nietzschego. Ostatnio zostały one zebrane w publikację zwartą "Nietzsche" z podtytułem "w optyce filozofów".

Friedrich Nietzsche to światowy klasyk, o którym ogłoszono już tony komentarzy i egzegez. Pewien znawca jego dorobku napisał: "F. Nietzsche to najbardziej kontrowersyjna postać w filozofii współczesnej. Jedni potępiają go jako immoralistę, drudzy sławią jego krytykę chrześcijańskiej moralności". Et cetera. Interesująca monografia Jolanty Baziak wpisuje się w ten niebywały zgiełk recepcyjny, potwierdzając przytoczoną przed chwilą opinię. Praca - składająca się z XII rozdziałów - ukazuje przedmiot refleksji wielorako i wieloaspektowo. Przy czym od razu widać, że komentatorem obrazoburczych konceptów niemieckiego filozofa jest kobieta, osoba niezwykle wrażliwa, empatyczna i powściągliwa w osądach. Widać też, że przede wszystkim jest poetką. Zdradza to głównie warstwa lingwistyczna. Mam na myśli posługiwanie się choćby neosemantyzmami, których przykładem jest czasownik "reflektować" w znaczeniu ""nuć refleksje, badać myślowo, rozważać""(por. s. 12, 15 i nast.). Takie podejście dziwić nie może, skoro poeci są powszechnie znani z inklinacji do językowych nowotworów. A poezja, według np. Gadamera, spełnia bezcenną rolę w rozwoju naszego poznania. Stawia to autorkę "Trudnych modlitw" niejako na uprzywilejowanej pozycji.

W pierwszym rozdziale poetka słusznie wyznacza kontekst filozoficzno-historyczny, który w sposób znaczący najprawdopodobniej zdeterminował światopogląd Nietzschego. Wyszczególnia wielu jego poprzedników (od Platona do Newmana), aby czytelnikom uświadomić przypuszczalne źródła inspiracji czy też zapożyczeń (sic!). Bowiem okazuje się, że wszystkie sztandarowe hasła nietzscheanizmu (wola mocy, wieczny powrót, przewartościowanie wszystkich wartości, śmierć Boga, nadczłowiek) "można zakorzenić w jakiejś tradycji filozoficznej" (s. 19). Pośród powołanych "na świadków" brakuje mi jednak Maxa Stirnera (jego nazwisko pada w książce tylko raz: s. 101) - ojca teoretycznego egocentryzmu oraz Thomasa Carlyle'a, w którego pismach jest obecna idea "nadczłowieka".

Drugi rozdział prezentuje niezwykle bogatą i barwną biografię autora "Ludzkie, arcyludzkie". Z kolei tutaj brakuje mi wzmianki o polskim pochodzeniu "samozwańczego geniusza" (s. 27). Ponoć Nietzsche wywodził się ze szlacheckiego rodu Nieckich; w liście do Mety von Salis pisał: "(...) dziękuję niebu, że we wszystkich swoich instynktach jestem Polakiem, a nie kim innym" (XII 1888). Nawet wyłącznie z narodowych racji można by tę ciekawostkę zamieścić. Jako życzliwy komentator Nietzscheańskiej filozofii, Jolanta Baziak stoi na stanowisku holistycznym. Tzn. uważa, iż dzieło to, w całej jego specyfice, należy odczytywać i odbierać przez pryzmat splątanego, tragicznego życia twórcy. Wbrew zdaniu Karla Jaspersa stawia dość śmiałą tezę, że brak spełnienia w prawdziwej, odwzajemnionej miłości do kobiety stał się ważką przyczyną smutnej choroby autora "Poza dobrem i złem" (por. np. s. 41). Oto wypowiedź wprost: "Być może                   nie wyklułby się - po ludzku nieszczęśliwy geniusz - gdyby go ktoś, wbrew niemu, pokochał?" (s. 97). Akurat zgadzam się w pełni z tym daleko idącym domniemaniem.

Oprócz tropienia złożonych uwarunkowań dosyć tajemniczej (wątpliwa diagnoza?) psychozy niemieckiego myśliciela, zdecydowanie na pierwszy plan w omawianej książce wysuwa się problem "populistycznego hasła «Bóg umarł»" (s. 30). Po primo - autorka doszukuje się bezpośrednich źródeł filozoficznych takiego programu (wszak jest to swoisty program ideowy: "Bóg na krzyżu jest przekleństwem rzuconym na życie, wskazówką, iż należy się zeń wyzwolić" - "Wola mocy", Warszawa 1911, s. 536). Po secundo - dokonuje interpretacji tego hasła, odwołując się do najwyższych komentatorów takich jak Heidegger, Jaspers, Szestow czy Sartre. Po tertio - próbuje wiązać antyreligijne wystąpienia filozofa z przerażającymi tendencjami w historii najnowszej i kulturze współczesnej. Przenikliwe refleksje skłaniają pisarkę po postawienia słusznego pytania: "Co pozostało po ideach autora «Ecce homo» ?" (s. 44). Spodziewaną odpowiedź znajdujemy dopiero w rozdziale przedostatnim: "Rzeczywiście z przymrużeniem oka dziś czyta się o wiecznym powrocie i nadczłowieku, ale trudno zachować ten uśmiech przy oznajmieniu: Bóg umarł" (s. 91). Na wskroś deprymująca konstatacja - aktualnie Najwyższy jeszcze żyje, ale dla garstki wyznawców judaizmu, tysięcy chrześcijan i milionów islamskich fundamentalistów. Oczywiście, to zestawienie jest liczebną metamorfozą. Wszelako wypada w tym miejscu ponownie zacytować Jolantę Baziak: "Głos immoralisty i nihilisty usłyszano w świecie ze względu na przestrogę, że wartości popadają w szczególny obłęd. Jak należy zatem ratować to, co nazywamy «bycie człowiekiem»?" (s. 44). Ecce bene quastito!

Wprawdzie autorka deklaruje preferencję tekstów samego Nietzschego (por. "Notę", s. 104), ale pisząc swoje opracowanie musiała odnieść się także do wykładni wcześniejszych. Jak już sygnalizowałem, w kolejnych rozdziałach omawia interpretacje autorstwa wielkich intelektualistów (Heideggera, Jaspersa, Sartre'a stc.), których spuścizna Nietzschego zafrapowała lub zainspirowała. Uwzględnia również komentarze prof. Zbigniewa Kuderowicza, czyli autora monografii bardzo popularnej 20 lat temu (bo zawierającej też małą antologię pism Niemca). Przyznam, iż ze względów osobistych ucieszył mnie ten passus książki.

W ostatnim półwieczu urzeczywistnił się olbrzymi postęp w badaniach hermeneutycznych nad dorobkiem autora "Tako rzecze Zaratustra". Punktem zwrotnym było metodyczne uporządkowanie i przeredagowanie dzieł zebranych Mistrza, zrealizowane przez Giorgia Golli i Mazzino Montinariego. Szczególnie reinterpretacja, zaprezentowana w książce "Po Nietzschem", to jakby zapowiedź powszechnej zmiany wizerunku twórcy "Wiedzy radosnej". Jolanta Baziak obszernie referuje odkrycia Coliego. W świetle tychże dociekań i wniosków wychodzi na to, że potomni otrzymali stereotypowy i wypreparowany wizerunek wielkiego kontestatora. Okaleczony niczym słynna rzeźba Nike z Samotraki. Wszyscy znają postać skrzydlatej bogini bez rąk i głowy. Analogicznie: Nietzsche, jako niebezpieczny nihilista i wojujący bezbożnik, to obraz wypaczony przez późniejszych odbiorców, którzy opierali swoje supozycje, m.in. na sfałszowanych (przez siostrę naszego bohatera) listach do przyjaciół. Zatem pozwoliłem sobie na sformułowanie "Nietzsche z Samotraki", chcąc w ten sposób podkreślić wyjątkowe nabożeństwo filozofa do antycznego Dionizosa. I w ogóle - jego dogłębne zauroczenie kulturą helleńską. W kontekście tych wszystkich rewelacji (ad Giorgio Colli) trzeba by przewartościować wszelkie wyobrażenia o autorze "Antychrysta". Jolanta Baziak ujmuje tę konieczność w jednym treściwym i adekwatnym zdaniu: "Czytelnik musi weryfikować poglądy Nietzschego w oparciu o własną wiedzę" (s. 46).

niniejszy zbiór esejów nie jest publikacją "wypasioną" (jak mówi młodzież), ale stanowi opracowanie WYSTARCZAJĄCO bogate w różne wątki myślowe i tropy egzegetyczne. Byłoby to dla autorki rażąco krzywdzące, gdybym oświadczył, iż udało mi się tutaj wypunktować meritum jej analiz i ustaleń. Uważam, że książka ma szansę przyczynić się do zmiany dotychczasowej optyki, w jakiej postrzegany jest wielki patron postmodernizmu (vel dekonstrukcjonizmu). Lektura może skłonić niejednego czytelnika do istotnych przemyśleń i rewizji obiegowych poglądów nie tylko na temat ironii losu i chichotów historii... 

Jolanta Baziak: Nietzsche w optyce filozofów, Instytut Wydawniczy "Świadectwo", Bydgoszcz 2008, ss. 108

Z archiwum

Katarzyna Michalewska - MÓJ SURREALIZM

Linie papilarne tego poranka

listem gończym szukałaś śladów

archanioła ze szkłem powiększającym

pamięci Nie dokończona rozsypywała się

w talku mrozu łagodna krągłość piersi

wynurzających się spod jedwabiu jak sploty

płóz na śniegu akwareli Fałata

wietrzność śniegu to opium czasu a moja

prywatna religia - Modigliani znów śpi

do południa w niedzieli na poddaszu.

W rozpiętych palcach płótna słowa

przyklejone do ust pióra gołębi jak sople

Zwisały  z gałązek twoich uszu

cieniem na słonecznych ścianach : to jest

/ była / ta - szeptałaś - liturgia przejrzystych

godzin do krwi bieli nad-

rannych...

akant.org: