akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Jerzy Suchanek - Ja to nie ja

Wiersze MICHAŁA KOBYLIŃSKIEGO mają orzeźwiające działanie. Szczególnie po lekturze książek debiutujących w ostatnich paru latach autorów, bez pokory narzucających się ze swymi wymęczonymi i przekoncypowanymi wierszami, w których poezji jest tyle, co w przekłutym baloniku. Pretensjonalnym płodom bezczelnej młodości Michał Kobyliński przeciwstawia świeżość i lekkość, radość i młodzieńczy zgoła wigor... Zgoła, bowiem Kobyliński, urodzony w 1957 roku, debiutuje z fasonem, śmiało wkraczając na „tereny”, które opanowali prawem kaduka autorzy o ćwierć wieku mniej więcej i plus minus młodsi. Autorzy, którzy zresztą twórczość rówieśników Kobylińskiego albo dezawuują, albo przemilczają, co nie przeszkadza im wcale podrabiać poetyki wypracowane przez dzisiejszych pięćdziesięciolatków. Co ciekawe, towarzysko przez młodzież literacką jest Kobyliński akceptowany, aczkolwiek do jego twórczości odnosi się ona z nieco wzgardliwym dystansem i z dość zazdrosną nieufnością. Tym bardziej, że do swego debiutu książkowego Kobyliński przygotowywał się w sposób, którego wielu - mających się za rewelatorów – młodych poetów nawet nie próbowało wykorzystać. Mianowicie nie wahał się brać udziału w slamach i aż cztery co ważniejsze wygrał... Występował w nich pod internetowym pseudonimem „Gil Gilling” i takiż tytuł nadał swojej – wydanej akurat w dwudziestą rocznicę pierwszego slamu, który odbył się w Chicago w 1986 roku – debiutanckiej książce poetyckiej.

Jest więc Gil Gilling podmiotem lirycznym tej książki, niewątpliwie o prowieniencji osoby z pogranicza bezmyślnego clubbingu, światka tych spełnionych chwilowo oraz tych zawsze niespełnionych artystów, młodych i podstarzałych inteligentów, których typowe inteligenckie aspiracje okazały się groteskowe, szczególnie dla nich samych, we współczesnym wielkim mieście. Gil Gilling opowiada o swoich przypadkach i doświadczeniach, ale gdy wreszcie mówi bezpośrednio o sobie samym, oświadcza tytułem wiersza, że „To nie ja”:

Więcej …

Z archiwum

Krystyna Kleczkowska - Uśmiech, oddech, ruch

Ładne krajobrazy są bolesne.

Płaskie pola i łąki z kaczeńcami, laski brzozowe - jak wyjęte z polskiego malarstwa - zanadto wzruszają. Wielkie góry odrywają od rzeczywistości, nastrajając nas metafizycznie. (Zawsze bałam się zbyt pięknych pejzaży!) Ale najtrudniej jest patrzeć na morze. Morze robi na mnie wrażenie otwartej drogi, która dokądś ciągnie. Jakby tuż za horyzontem czekało właściwe miejsce, gdzie odnaleźć można to, czego się szuka. Chce się wejść w głąb i płynąć wprost przed siebie. Ale rozsądek na ogół zwycięża.

Najłatwiej poradzić sobie z tym wszystkim w obcym kraju. Cudze pejzaże nie wołają i nie przenikają tak głęboko, jak własne - nie wiem, na czym to polega. 

Faktem pozostaje iż rozległy widok z werandy domu, w którym zamieszkałam zupełnie mnie nie męczył. Odbierałam go jak barwną pocztówkę. Płachta morza była dość odległa, drobne schodkowate wzgórza urozmaicały przestrzeń, także sąsiednie winnice z domami, jak białe klocki. Całkiem blisko rosły krzaki zielonej papryki, fioletowo emaliowane bakłażany i różowe pomidory. U góry pędy winorośli, a na tych samych, cementowych słupkach wisiały ciasno zaplecione warkocze cebul, stare, suche, szeleszczące. Wyglądały jak zasuszone pamiątki, a może eksponaty muzealne? To panopticum cebul, odciętych od soków życia, było smutne.

Właściciel mego domu był czterdziestolatkiem na rencie. Miał zbyt dużo czasu i energii, łatwe pieniądze, więc pił. Wychodził na długie godziny albo też spał u siebie w suterenie, całymi dniami. Wstawał z oczami jeszcze bardziej dzikimi, niż zazwyczaj. Drzemki nie przynosiły mu ulgi, przeciwnie, jakby rozgrzebywały i rozdrażniały jeszcze coś co i tak w nim płonęło. Trzaskał drzwiami sutereny i stawał przed nimi na skraju ogrodu. Ręką gładził włosy twarde i oporne, ciekawa rzecz, blond. Czesał je palcami i czesał, patrząc na ogród, gdzie krzewy pomidorów obciążone ciężkimi owocami leżały, pozrywawszy sznurki. Owoce przywarte do ziemi, gniły. Gospodarz ziewając zapalał papierosa. Krzewy leżały cicho.

Więcej …

Z archiwum

Jerzy Suchanek - "Łąka nad Bobrem, za starym mostem"

Jednym z obrzędów Nocy Walpurgi jest wykonanie przez jej uczestników skoku przez ognisko. Bohater powieści Jerzego Marciniaka „Druga Noc Walpurgii” najwięcej cierpi na początku pożogi komunistycznej, zbyt młody by całkowicie rozumieć opresję, której zostaje poddany. Jego dalszy los jest skokiem nad płomieniami - czymś odległym od tego życia, które mu zabrano. Czymś odległym od dotkliwości egzystencji dorosłych, którzy się nim opiekują, lub których spotyka - w Polsce opanowanej przez czerwoną zarazę. Dzieciństwo bohatera przechodzi w młodość, ale choć wchodzi w wiek dorosły, dojrzałość osiąga dopiero, gdy udaje mu się wyjechać do Szwecji. Tam kończy się jego „skok nad płomieniami”, z tamtej perspektywy może dopiero podjąć próbę zrozumienia swego życia.

Więcej …

Z archiwum

Tomasz Wincenty Rzepa - wiersz

* * *

Jeżeli się określić to tylko przez drzewa

jeśli dopowiedzieć to z pomocą źródła

zieleń jest wtedy gdy zielenią nazwać

rzeczy istniejące rzeczy zaistniałe

Być może martwo ocieramy dłonie

choć rzecz poprawnie określiły słowa

oznaczyły oczy odkryły powieki

by rzecz istniała powinna zaistnieć

Określić można i siebie i rzeczy

dłoń martwa odżyje zanurzona w źródle

zieleń dopowie rzeczy zaistnieją

jeśli się określić to poprzez istnienie

akant.org: