akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Arkadiusz Frania - Lód, czyli ruch; zgiełk, czyli cisza

Nikt nie powiedział, że pisanie o poezji ma być łatwe niczym wypicie duszkiem szklanki zimnego piwa w upalny dzień. Krytyka literacka może stać się oryginalną twórczością między innymi przez doświadczanie mordęg i utrapień w kontakcie z indywidualnością pisarską. Liryka KRZYSZTOFA STANISŁAWSKIEGO, autora czterech zbiorów (Rozbite witraże, Bydgoszcz 1995, wyd. 2. – Bydgoszcz 2002, Próba końca, Bydgoszcz 2001; w pełnym świetle dnia, Bydgoszcz 2004; Głód, Bydgoszcz 2005)1 rzuca wyzwania, na które recenzent, eseista we własnym twórczym sumieniu musi zareagować: może przejść obok, poślizgać się piórem (tj. para-myślą) po matowej okładce, dotknąć kredowego papieru (czytelnik niedzielny) albo rozkleić wiersze, wypiąć je z książek, czytać po kolei (jak autor przykazał) i w dowolnej kolejności; sam proponuję odczytywać wyrazy przez wilgotne palce jak pismo złożone alfabetem Braille’a, smugi liter stają się wtedy poligraficznym szeptem inności i różności. Krytyk rzetelny, krytyk skuteczny powinien ingerować w zapis liryczny, bowiem ten nie stanowi świętości, tworu nienaruszalnego. Tekst szkicu to efekt analizy wykonanej przez czułego intruza, dewastatora immanentnej logiki dzieła. Odczytywanie jawi się jako walka dwóch sił artystycznych. Ale ocenę "poezja sprawia wrażenie..." trudno zastąpić tyranią sądu kategorycznego "poezja jest...". Miejmy jednak odwagę odnaleźć wiersze prawdziwe, ukryte za wersjami wydrukowanymi; każdy z tekstów jest utworem-kontaminacją, bytem wielorodnym, hipertekstem, labiryntem, łamigłówką, wreszcie "palimpsestem". Ten ostatni termin oznacza: "starożytny lub średniowieczny rękopis pisany na pergaminie, z którego wytarto tekst pierwotny" (podaję za: Słownik języka polskiego, tom 2: L-P, redaktor naukowy Mieczysław Szymczak, Warszawa 1999, s. 561). Świadoma technika palimpsestyczna polega na wytarciu tylko części zapisu i nałożeniu na niego nowej warstwy treściowej. Przy niezniszczonych słowach, ich częściach ("eksplozje zagubionych sylab", PK11), pojedynczych głoskach (tekst pierwotny) pojawiają się nowe elementy językowe (tekst nadpisany); rodzą się więc partie rezonujące, drżące, quasi-struktury o przytrzaśniętej gramatyce, o niespójnych rytmach lirycznych, by w końcu zastygnąć w tekst pierwotny dla kolejnego ruchu pisarskiego. W wierszu Mgle przypisane (G29) czytamy: "Wielokrotnie / złożone - zdanie po zdaniu" (G29), "regułom wyrwane Słowo" (G29). Ewolucja w stronę nieprzewidywalnej jakości zachęca do zabiegu repetycji. Ta poezja usadowiła się właściwie między słowami, za komunikatem explicite, dlatego nie można poprzestać na recepcji złudnej partytury książkowej.

Więcej …

Z archiwum

Jarosław Górny - Pani Basia

Dzwonek. Na progu stoi pani Basia, nasza sąsiadka. Pani Basia jest pijana. Po trzech miesiącach wróciła w ubiegłą niedzielę z Mainz, gdzie pracuje jako opiekunka obłąkanej staruszki. Już w busie zaczęła pociągać, przyjechała dobrze wstawiona. I cały tydzień pije, od rana do wieczora i w nocy. W nocy, kiedy blok zasypia, z wilgotnych podziemi sutereny dobywają się skoczne, wesołe i tęskne dźwięki ludowych melodii. Sączą się szczelinami w murach, przeciskają szparami desek i kołyszą nas do snu. A tam pod niskim piwnicznym sklepieniem na nieścielonym barłogu wersalki siedzi Basia, siedzi jak oczadziała, zanurzona w intensywnej chmurze dźwięków, płacze, łyka smirnoffa i ociera spierzchniętymi palcami zaczerwienione powieki. Jak mówi, cała przeszłość przesuwa się jej przed oczami: mąż, który odszedł dawno, trzydzieści lat temu, trzy córki, z których jedna umarła w ubiegłym roku na raka, rozrzucone po Europie wnuczki. I zawsze w końcu pojawia się Niemka. Basi nie znosi tej kobiety - złośliwej i upartej, dosypującej jej do herbaty proszków, żeby ją otruć. Jaką ma przeszłość ta pokręcona na umyśle i ciele osiemdziesięciolatka? Może była strażniczką w jakimś kaelu, stare nawyki pozostały i oto niekontrolowane przez chory umysł wydostają się wśród spod popiołów dziesięcioleci. I Basia pokazuje swój charakter, proszki dają jej wreszcie pretekst do rozładowania tłumionej nienawiści. Pracuje już kilka lat w Niemczech, ale języka się nie nauczyła. Zna tylko kilka słów, kilka krótkich zdań, pojedyncze nazwy związane ze sprzątaniem i gotowaniem. Jakieś fegen, schmutzig, kochen, gewürz, petersilie, schnaps i oczywiście zwroty, które zna każdy Polak, które od czasów okupacji wędrują z pokolenia na pokolenie. I teraz porażona niewdzięcznością tej kobiety pochyla się nad siwą trzęsącą się czaszką i krzyczy na całe gardło: Was ist das? Hände hoch! Auschitz, Auschwitz! Pod gradem tych twardych, bezlitosnych dźwięków Niemka pokornie garbi się tuż nad podłogą i bezszelestnie przesuwając wojłokowe podeszwy drepcze do pomieszczenia za kuchnią, bierze basen i zamiata. Arbeit macht frei - dodaje Basia już ciszej i wraca do swoich zajęć.

Ciągnęły do Basi w te dni i noce karawany okazyjnie postronnych, doraźnych smakoszy, pokrętnych krzywików, zziębnięty czerwononosy tłumek lumpenlumpeksów. Wjeżdżał sycząc oponami kościany dziadek, wieczny ortopeda przyspawany do wózka na A6 zwany, nie wiadomo dlaczego, Szacownym Jubilatem, wtaczał się obszerny jak step, podobny do popa Chruszcz z przewierconym okiem, z siwą łopatą brody posypaną tytoniem, wpadał podzwaniając kluczami kościelny Waldek, przyciągał Krzysiu, globtroter zakładów odwykowych i Amino Kwas, i Motyl Żniwny. Przeputali w krótkim tygodniowym pędzie pięć tauzenów.

Basia wyjmuje z dekoltu to, co jej zostało, opasany gumką rulon banknotów. Puka małą piąstką w rant stołu i pomstuje na krewnych. Nabrała pożyczek, nakupowała rodzinie wypoczynków, telewizorów, kuchenek, podokładała do samochodów, a teraz rodzina odstawiła ją do kąta. Nie odwiedza, nie odpowiada na telefony. I Basia została sama z koszmarnym prawie dwuletnim długiem - osiemset złotych miesięcznych rat. Nie ma do kogo, więc przychodzi do nas. Wczoraj miała pojechać do Mainz, ale kierowca jej nie zabrał, była zbyt pijana. Liczę te pieniądze, sortuję książeczki z blankietami wpłat. Basia siorbie rosół, ale żołądek nie przyjmuje rosołu, żołądek żąda innego płynu. I Basia wyjmuje piersiówkę. Już dzwoniła kilkakrotnie pośredniczka z Niemiec, błagała na kolanach, byśmy Basię wyekspediowali. Ale jak tu ją odstawić od źródła, domyć, doczesać, spakować. Basia co i rusz zapada w drzemkę, ocyka się i z nagłym ożywieniem, nienaturalnie głośno wyśpiewuje okupacyjny szlagier: Siekiera, motyka, piłka, alasz, przegrał wojnę głupi malarz. Potem odsuwa talerz, na skrzyżowanych rękach składa swoją zmęczoną potarganą głowę i zasypia.

Nazajutrz późnym wieczorem odwożę Basię do pobliskiego miasta. Czekamy na dworcu w atramentowych ciemnościach i porywach wiatru. Wreszcie zajeżdża luksusowy śnieżnobiały autokar. Wyperfumowani, tryskający świeżością i humorem kierowcy przekomarzają się z naszą sąsiadką, która swoje odpowiedzi przetyka gęsto gardłowym: Ja, ja. Z wysokiego piętra, zza przydymionej szyby Basia przesyła mi całusy i autokar skręca pod wiadukt na wiodącą na zachód drogę A6.

Z archiwum

Janusz Marian Paluch - Kaja od Oleńki

Kaja od Radosława… Znacie ją? Nie? To macie Państwo doskonałą okazję poznać tę wspaniałą kobietę. Wystarczy sięgnąć po nową książkę ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM „Kaja od Radosława czyli historia hubalowego krzyża”. Naprawdę warto!
Gdyby jej życiorys miał posłużyć filmowcom, musieliby nakręcić kilka filmów lub stworzyć serial, tak typowy dla dzisiejszych czasów. Życie Kai było i jest piękne oraz fascynujące; przepełnione dramatami, ale spełnione w każdym calu.
A wszystko zaczęło się 2 kwietnia 1916 roku w Białymstoku, kiedy urodziła się Cezaria Iljin. Był to czas I wojny światowej. Nie przeszkodziło to matce Cezarii - pani Bronisławie, w wyjeździe z niemowlęciem na Syberię, do męża Modesta, który (w 1905 r. jako student uniwersytetu w Petersburgu zesłany został na Sybir) pracował przy budowie transsyberyjskiej linii kolejowej. Pani Bronisława – wówczas jeszcze Szemiot – poznała go podczas odwiedzin, jakie złożyła swemu bratu Bolesławowi, który na Syberię pojechał dobrowolnie, do swojej pierwszej pracy. W książce jest ukazany interesujący i mało znany wątek tzw. „gorączki syberyjskiej”, kiedy Polacy osiadali na Syberii z własnej woli! W sierpniu tegoż roku odbył się w Barnambulu nad Obem chrzest maleństwa w rzymskokatolickim kościele. Tam nadano jej to piękne, dzisiaj niespotykane raczej, imię Cezaria. Potem bohaterowie wyjechali do polskiej kolonii w syberyjskim Zajsanie, leżącym u podnóża Ałtaju. Mieszkali w „dużym otynkowanym domu z płaskim dachem. Przez ogród przepływał aryk (…), którym płynęła źródlana woda z gór. (…) Obszerne podwórze otaczały zabudowania gospodarcze. W obejściu były trzy wielbłądy baktriany, osobno: dwa konie, krowy, owce z charakterystycznymi dla tych regionów kurdiukami.(…) Były też świnie i wielkie wieprze, indyki i kury, a także mnóstwo drobiu”. Celowo podkreślam zasobność gospodarstwa Iljinów, wszak nie było ono na Syberii jedyne.
Cezaria niewiele zapamiętała z czasów dzieciństwa. Czytelnika, który zetknął się z opisami losów wywiezionych na Syberię Polaków ( opisami pozostawionymi choćby przez Melchiora Wańkowicza w jego znanych „Dziejach rodziny Korzeniewskich” czy przez Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w biograficznej książce „Inny świat”) albo zapoznał się z wydawnictwami Sybiraków, którym udało się przejść przez piekło wywózek, znaczonych ciężką pracą, chorobami, głodem i śmiercią, zaskoczą sielskie obrazki, jakie z dzieciństwa zapamiętała Cezaria. Opowiada o Syberii jak o bajkowej krainie spokoju, radości, przyjaznego otoczenia i dostatku! Ich piękny dom w Zajsanie położony był u stóp Ałtaju. Za miastem rozciągał się bezkresny i jednostajny step, wybuchający czeremchami i jarzębinami, a także topolami (które służyły jako drzewka bożonarodzeniowe w czasie świąt), pojawiającymi się dopiero w okolicy miasta. Step ów wabił także odurzającymi zapachami lukrecji. Po okresie letnim przychodziła zazwyczaj surowa zima, do której przygotowywano się bardzo starannie. „Biło się świnie i barany. Wielkie wianki suszonej kiełbasy i wędzonych szynek zapełniały spiżarnię. Duże beczki pełne jagód, żurawiny, pastiły, a nawet beczułki z masłem ustawiano rzędem w spiżarni w domu. Na zewnątrz w stodole pełno było zboża i siana, do składzików zwożono zapasy węgla i kiziaku”.

Więcej …

Z archiwum

Marta Dynysewicz - wiersz

* * *

Anioł przedświtu

o ciężkich powiekach

i spracowanej twarzy

wstaje powoli

po omacku

szukając ciepła

które wschodzi

na zachodzie

bez zmian

niedomówienie

samo okłamanie

już nie szkodzi

ręką

powolną

odgarnie z czoła

akant.org: