akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Tadeusz Lira-Śliwa - Pamięć i mowa

Profesor Bladaczka przekonywał swoich uczniów, że “Słowacki wielkim poetą był” (Witold Gombrowicz, “Ferdydurke”). Nie ulega wątpliwości, że SŁAWOMIR MROŻEK wielkim dramatopisarzem jest. Autor licznych fars, komedii i dramatów – wydał też inne dzieła literackie, m.in. opowiadania, eseje, felietony, recenzje i... autobiografię pt. “Baltazar” (2006).

Dlaczego pisarze przystępują do pisania wspomnień albo autobiografii? Najczęściej jest to przekonanie o ważności własnej egzystencji, czasem wola skomentowania własnej twórczości. S. Mrożek w słowie wstępnym (“Od Autora”, ss. 9-10) powiadamia czytelników, że spisywanie wspomnień podjął w celach terapeutycznych:

“Nazywam się Sławomir Mrożek, ale na skutek okoliczności, które zaszły w moim życiu cztery lata temu, moje nowe nazwisko będzie znacznie krótsze: Baltazar.

Dnia 15 maja 2002 roku przeżyłem udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Afazja jest to częściowa lub całkowita utrata zdolności posługiwania się językiem, spowodowana uszkodzeniem niektórych struktur mózgowych” (s. 9).

Więcej …

Z archiwum

Dariusz Tomasz Lebioda - JESIEŃ W BROMBERGU

Była połowa września 1939 roku. W mieście Bromberg, na północy Polski, Józia Rosa szła na Mszę św. do kościoła parafialnego na Szwederowie. Żółte, czerwone i brązowe  liście spadały na ziemię i okrywały grubym dywanem ulice, parki i skwery. Wiatr przenosił je z miejsca na miejsce, podrywał ku górze, ciskał to w tę, to w inną stronę, szeleścił, jakby przerzucał kolejne karty niewidzialnej księgi. Czasem silniejszy powiew wzbijał tumany, albo kręcił liśćmi na koślawych chodnikach i chłostał nimi twarze przechodniów. Ludzie podnosili do góry kołnierze, zsuwali kapelusze albo daszki czapek i pochyleni podążali przed siebie. Józia lubiła szurać nogami w miękkich kopcach, więc z uciechą je deptała. Przeskakiwała z kopca na kopiec, łapała w locie wirujące płatki. Co chwilę też spoglądała na daleką wieżę świątyni, która wyglądała majestatycznie w tle rozmazanych szaro-granatowych chmur i dalekiego chłodnego błękitu nieba. Dziewczę miało zaledwie piętnaście lat, ale natura rozbuchała jej kształty do tego stopnia, że ktoś, kto jej nie znał, mógłby powiedzieć, że osiągnęła już pełnoletniość. Miała długie szatynowe włosy, które najczęściej nosiła rozpuszczone, a tylko gdy szła do kościoła upinała je w rozległy kok. Była wysoka i spod długiego płaszcza, raz po raz, wysuwały się zgrabne nogi. Pierś rytmicznie falowała i zdradzała pod paltem biust sporych - jak na tak młodą dziewczynę - rozmiarów. Jej twarz natrętnie przypominała fizjonomię madonny z obrazu Rafaela, choć była też w niej jakaś drapieżność, coś co nieznajomi brali za lubieżne wyzwanie. Jej zielone oczy miały smutny melancholijny wyraz, a okrągły, mały nos i wydęte usta uwydatniały zmysłowość. Słowem, była delikatnym stworzeniem, jakby z innego świata i innej rzeczywistości. Pod tanim, połatanym płaszczem ukrywała przepiękne ciało, oszałamiający zapach świeżości i delikatności dziecka. Szła szybkim krokiem i już niebawem znalazła się w alei wysokich topól, prowadzącej ku świątyni. Wychudzone gawrony przysiadały na strzelistych drzewach i bujały się na nich bezwładnie, w prawo i w lewo, wydając raz po raz metaliczne krakanie.

Więcej …

Z archiwum

Janusz Orlikowski - Po ciemnej stronie

Krakowianin JAN KIRSZ jest z zawodu inżynierem mechanikiem. Jego pierwszą profesją artystyczną było jednak tworzenie miniaturowych szopek bożonarodzeniowych, które doczekały się wielu nagród i wystaw, także poza granicami kraju. „Małe dzieła" można podziwiać nie tylko w muzeach w Krakowie i Paryżu, ale również w wielu innych, renomowanych galeriach świata. Są, jak twierdzą znawcy tematu, doskonałością w swej miniaturowej klasie.
Jak wiadomo, tego typu talent wymaga harmonijnej wyobraźni oraz poczucia piękna     i doskonałości. Ten stan ducha jest jakby podstawowym „warsztatem" dla tworzenia wspomnianych arcydzieł.

W wolnym czasie JAN KIRSZ pisze również wiersze. Zebrał je w tomik p.t. „Rozmawiając ciszą". Utwory te są swego rodzaju antidotum na obraz harmonii i piękna, objawiający się w szopkach. Wyeksponowana zostaje ciemna strona życia. Precyzja natomiast dotyczy najczęściej spraw starości („Igła", „Miotła starego dozorcy", „Chleb zapomniany"),  w tym przemijania („Drzewo"), a także: brudu życia i jego objawów ( „Bezdomni", „Ulicznica", „Szablon" oraz „Zgon narkomana"). Owa precyzja raczej mieści się w charakterze socjologicznych spostrzeżeń, a nie w kreatywności poetyckiej wizji. Tak jakby harmonia i piękno urzeczywistniały się tylko w tej pierwszej, „szopkowej" profesji.

Więcej …

Z archiwum

Jerzy Suchanek - Sen o Portugalce

Znowu noc pusta, jak flaszka po wódce.

A w głowie ćwierka, że wszystko i wkrótce...

 

Wciąż dłoniom mym robię okłady z twarzy.

Nie chcę zasnąć, gdy nie mam po co marzyć.

 

Ilu nas czuwa na tej nocnej zmianie

dzisiaj w jutro, ilu wczoraj zostanie,

 

a ilu rano będzie jeść śniadanie

i ścielić na policzkach białą pianę?

 

I to o tym decydują kobiety?

Czasem my sami, one też, niestety.

 

Gadamy przez szyby w zimnych ekranach.

Czy co ważne, czy nie, słowa to banał.

 

Nagle masz pomysł, by do Portugalii

polecieć, tak od bólu się oddalić.

 

Jakieś psy znowu cię pogryzły wściekłe?

Walczyłeś z nimi, czy jak ja uciekłeś?

 

Idę lecieć do Portugalii, mówisz.

Popływać w oceanie pośród żółwi.

 

Między tam i tutaj widzisz różnicę?

Czy ktoś gdziekolwiek ode mnie różę chce?

 

Idę lecieć, powtarzasz, to daleko.

Też chodź, skręcimy w prawo za apteką.

 

Spójrz, Atlantyk, lecz już gaśnie zapałka.

I z ciemności woła mnie Portugalka.

 

Kusi mokry brzuch plaży, bym umierał.

W głowie ćwierka, to wszystko? Właśnie teraz?

 

Chodź ze mną, znowu krzeszesz drżący płomyk.

W oceanie toną z naprzeciwka domy.

 

Tramwaj halsuje pod kliwrem z zasłony,

to ostatni rejs do Indii Zachodnich.

 

Zanika płomyk, słabnie światła falka.

Tuli się do mnie naga Portugalka.

 

Nie rozumiem, gdy szepcze: Do mnie przyjedź.

Twoją przeszłość w mocnym worku zaszyję.

 

Lecz musisz tamtej zabrać róże. Wszystkie.

Każdy płatek. Każdy kolec i każdy listek!

 

Wzbiera we mnie Atlantyk i wychluszcze

zaraz ze mnie w Portugalkę mą duszę.

 

Najpierw włóż imię tamtej w moją muszlę!

Czy zrozumieć ten szept chcę, czy też muszę?

 

Nasze języki splatają się słono.

Mam dla niej tylko jedną różę, czerwoną.

 

Krew w pąku pięści rozrywa mi palce.

Odciętą rękę daję Portugalce.

 

Bose stopy Cendrarsa i Stachury

liże ocean fal szumnymi chóry.

 

Idziesz im naprzeciw, razem z Ratoniem.

Błyskasz zapałką, niech wszystko zapłonie.

 

Kim byliśmy, kim jesteśmy i kim będziemy?

Pytamy kobiet, a one to nie ćmy.

 

Ogrzeją się w nas, lecz nie spłoną z nami.

Bo zdążą odjechać samochodami.

 

W Portugalii, czy w naszym śmiesznym kraju,

marzenia u nich z forsą przegrywają,

 

miłość z przyszłością i z rodzeniem dzieci.

Matki, babki, ciotki, to zawsze sprzeciw.

 

Młody masz być, pracę mieć, nie pyskować.

O resztę niech cię nie zaboli głowa.

 

Połóż pieniądze przed telewizorem.

To może dobrze zrobię ci wieczorem.

 

Młody na krzyżu skręcił się jak wiórek.

Nie umierał za taki życia wzorek.

 

Ktoś cię odtrącił, zostałaś na zimnie.

Śpiewałaś, że żyć możesz tylko przy mnie.

 

Nie wiem, skąd dowiedzieć się wtedy mogłem,

że zamiast ciebie, mnie, nas będzie ogień?

 

Nawet słowa zmieniły swe znaczenie.

Dlatego kładę się na tobie cieniem.

 

Brałaś mnie w usta, leczyłaś me ciało.

Mogłaś mnie zabić, lecz ci się nie chciało.

 

Ten wybór jest kiepski, kobieta lub śmierć.

Krzyczę poprzez snu skurcz, która mnie weźmie?

 

Chwytasz mój rękaw, niczym dziecko cudze.

I trzymasz tak mocno, aż się obudzę.

 

Nie chciałaś mnie, jednak wciąż mnie ocalasz.

Wszystko jest tobą, nawet Portugalia.

 

O ekran opieram się mrocznym czołem.

Piszę, już nie pojedziesz ze mną nad Sołę.

 

Twoją głowę spowijają białe szale.

Piękny będzie twój ślub. Czy wiesz, co dalej?

 

Och, przecież nie z tobą rozmawiam w nocy.

Tylko mężczyźni nie śpią w samolocie.

 

Idę lecieć do Portugalii, idę!

W tę noc wszyscy tam trafimy przed świtem.

 

Poza ból, na kontynentu początek,

a może życia koniec, skraj, opłotek.

 

Skręt w prawo za apteką, prosto potem.

I wstrzymać oddech, gdy przebiega kotek.

 

Ja nie oddycham i ty nie oddychasz.

Nie żyjemy zapewne, wszystko znika.

 

Skoro nie żyjemy, czy umarliśmy?

Do Portugalii lecą dwaj mężczyźni.

 

 

akant.org: