akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Zdzisław Prus - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Zdzisław Prus - wiersze
Zbieracz złomu pamięta o siostrze
Mocno starsza pani irytuje się na fryzjerkę
Ubojowiec dementuje plotki
Ojciec nie może darować synowi
Wszystkie strony

Sprzątającej w kościele zebrało się na szczerość

 

gdybym się urodziła chłopakiem

poszłabym na księdza

na pewno

jak amen w pacierzu

każdej niedzieli

gdy tylko z babcią wróciłam

z kościoła

zamykałam się w

swoim pokoju

i odprawiałam mszę

dla lalek

mama przestrzegała

że to grzech

tak pajacować

ze świętych rzeczy szopki

sobie robić

z czasem wyrosłam z tego

ale nie do końca

bywa że kiedy

wyszoruję posadzkę

ławki powycieram

powiędłe kwiaty wybiorę

sprzed bocznych ołtarzy

a świętemu Antoniemu

co lubię najbardziej

kamienne czoło

mokrą szmatką przetrę

i kiedy w całym kościele

nie ma duszy żywej

to wtedy - - bywa

że odstawię kubeł

by sobie przysiąść

choć na małą chwilkę

w konfesjonale

tym najładniejszym

gdzie spowiada proboszcz

i myślę wtedy

fartuchem przysłaniając oczy

o babci o mamie o lalkach

i o tym

że to moje życie

jednak nie najgorzej mi się

ułożyło 



 

Zobacz też

Losowo

Jerzy Suchanek - "Łąka nad Bobrem, za starym mostem"

Jednym z obrzędów Nocy Walpurgi jest wykonanie przez jej uczestników skoku przez ognisko. Bohater powieści Jerzego Marciniaka „Druga Noc Walpurgii” najwięcej cierpi na początku pożogi komunistycznej, zbyt młody by całkowicie rozumieć opresję, której zostaje poddany. Jego dalszy los jest skokiem nad płomieniami - czymś odległym od tego życia, które mu zabrano. Czymś odległym od dotkliwości egzystencji dorosłych, którzy się nim opiekują, lub których spotyka - w Polsce opanowanej przez czerwoną zarazę. Dzieciństwo bohatera przechodzi w młodość, ale choć wchodzi w wiek dorosły, dojrzałość osiąga dopiero, gdy udaje mu się wyjechać do Szwecji. Tam kończy się jego „skok nad płomieniami”, z tamtej perspektywy może dopiero podjąć próbę zrozumienia swego życia.

Więcej …

Z archiwum

Anna Piliszewska - KATASTROFA

- Każdemu się przytrafić może jakaś kraksa w życiu… – rzekł sędziwy Łopata, potrząsając patriarchalną brodą.

- Ty, Łopata , to dzisiaj jesteś jakiś prorok... - westchnął junior Kapusta, splunąwszy siarczyście spod starej jabłonki w kierunku chlewików. Strzał był zadziwiająco celny! Wprost w świńskie koryto , spotkał się więc z aplauzem całej naszej paki.

- Bo nad człowiekiem zwykle wisi katastrofa… - jęknął głucho Łopata.

Piliśmy już od rana w ogrodzie Kapusty. Doprawdy nie wiem, skąd wziął się u dziadka ten wisielczy humor…

- Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było!- zaprotestowałem słowami Morcinka , które poczciwy pisarz onegdaj włożył w usta jednego z bohaterów swojej ,,Czarnej Julki”. Ową ,,Czarną Julkę” dostałem od ciotki w rocznicę komunii. Ze względu na niebywałą awersję do książek, rypnąłem to dziadostwo wysoko, na szafę. Jednak razu pewnego powieść spadła z trzaskiem, kalecząc mi nogę i chyba z czystej złości jąłem…ją e… no… studiować po trochu.

Tak to raz pierwszy i ostatni w życiu przeczytałem książkę, a poprzez słowo pisane doświadczyłem bolączek poczciwej, śląskiej biedoty. Zaś Morcinka pokochałem jak własnego ojca! Bo tamto, książkowe życie było tak, jak nasze… A w głowie raz na zawsze skrupulatnie zapisałem najmądrzejsze słowa, by stały się mym credo: - JESZCZE NIGDY NIE BYŁO, ŻEBY JAKOŚ NIE BYŁO!!!

Więcej …

Z archiwum

Stefan Pastuszewski - Czytanie - słuchanie

Nowy zbiór wierszy Zdzisława PrussaZ ręką na sercu” niesie rzadko spotykane we współczesnej poezji  bogactwo treści i formy. Autor „Sielanek i nekrologów” bardzo pozytywnie pod tym względem różni się od twórców różnych zagadek logiczno-filozoficznych i kombinacji językowych, zwanych pysznie z francuska werslibrem.

Z. Pruss pisze bowiem werslibrem nie do końca konsekwentnym. Swym utworom, począwszy od tomu „Adresat nieznany” (1993), nadaje rytmiczną formę wypowiedzi jakby estradowej, jakby przez mikrofon, a więc frazy krótkie, nieco  skandujące, z akcentowaniem na końcu. Czytając te wiersze równocześnie się je słyszy, co jest pierwszym, kto wie czy nie najistotniejszym wyróżnikiem formalnym nie tylko omawianego tomu, ale i większej części twórczości lirycznej autora „Szukania indyków”.

Drugim znamieniem jest zlanie się w liryczny język, języka publicystyczno-reporterskiego i satyryczno-humoreskowego, w których to mowach Z. Pruss ćwiczył się niemal przez całe życie jako twórca kabaretów literackich, konferansjer, wodzirej, dziennikarz radiowy i prasowy. 33 prezentowane w omawianym tomie wiersze są więc jakby małymi reportażami z podróży zwanej życiem, lecz nie  dla podziwiania zabytków i pejzaży, lecz ludzi. Z drugiej natomiast strony w utworach tych dźwięczy nuta troskliwego, humoru, coś jakby „uśmiechu przez łzy”,  którego formułę najpełniej chyba rozwinął Kornel Makuszyński.

Są tu utwory dedykowane sprawom codziennym, wydarzeniom jakby marginalnym, ale dla bohaterów lirycznych tych wierszy wręcz dziejowym. Są przeżyte obserwacją uczestniczącą. Stąd szczególna wiarygodność tych utworów i specyficzny - niezafałszowany rodzaj obrazowania.

33 wiersze- przypowieści (to też ich cecha charakterystyczna) to 33 wyznania osób, raczej życia, a nie ze świecznika (rzeźnik, przemysłowy czyli ubojowiec, bardzo stara ciotka, umierający w hospicjum, prostytutka, artysta cyrkowy…). Bohaterowie wierszy mówią w pierwszej osobie, co skłania krytycznie nastawionego do praktyk Kościoła rzymskokatolickiego poetę do nazwania tych utworów poetycko-ironicznie „konfesjonałami”, podczas gdy są to w najczystszej postaci rewelacyjne wytwory poetycki roli. W pewnym momencie (s..15) poeta, wchodząc w buty „ sprawcy drogowej kolizji”, pisze wprost: „Tym razem jestem staruszkiem”…

W całym zbiorze kryje się jednak próba wykreowania jakby wspólnego portretu zbiorowego poetyki wszystkich szarych ludzi, z dalszych szeregów, anonimowych „pokrzywdzonych przez los, upokorzonych„. To też cecha całej twórczości lirycznej autora „Pogrzebu starej marynarki” i kto wie, czy taka współczulność nie jest cechą konstytutywną  jego osobowości, nadwrażliwca, który dla ochrony tej miękkiej tkanki wnętrza przybiera maskę słowa-wykwintnego i nieprzerwanie lejącego się. (W rozmowach ze Z. Prussem nie ma ani chwili milczenia).

Tom „Z ręką na sercu” czyta się (słucha!) z wielką przyjemnością i łatwością, bo zgromadzone tam utwory mają po części charakter epicki (zawsze coś w niech się dzieje), co zapowiadają, „czynnościowe” tytuły, choćby przytoczyć „Elegancka kuracjuszka wyjawia swoją filozofią kolorów” czy „Zwykle małomówny rozgadał się nagle”. No i czeka się na następny. Oby więcej takich, zachęcających do poezji współczesnej, było wśród nas poetów!

A co osobiście zapamiętałem z całego tomu? Oprócz niezwykłego, empatycznego, nasyconego rzewnym humorem klimatu, niezwykłą metaforę dotyczącą gazety-„nasz nowy dzień”.

Zdzisław Pruss: Z ręką na sercu, Bydgoszcz 2007, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, ss. 52

Z archiwum

Jerzy Suchanek - Boję się Widzimisię

- Widzimisię

    • Boję się

    • - ?

    • - Boję się Widzimisię

    • - Boisz się Się Widzimisię?

    • - Się ma Widzimisię?

    • I Się nie boi się Widzimisię Się?

    • - !

    • - Widzimisię

    • Boję się Widzimisię i Widzimisię Się

    • - Boisz się Się Widzimisię

    • czy Widzimisię Się?

    • - ?!

    • - Się ma Widzimisię

    • Widzimisię ma Się

    • Nie boją się

    • - Czyli

    • Ja mam Widzimisię

    • Widzimisię ma mnie

    • Mam Się

    • Się ma mnie

    • Się ma Widzimisię

    • Widzimisię ma Się

    • Ja Się boję

    • Się Się nie boi

    • Widzimisię Się nie boi

    • I jeszcze

    • Widzimisię!

    • - ?

    • - Przywidziało mi się

akant.org: